Siano, siano widzę… czyli jak skutecznie zamordować swoje włosy… + szybkim okiem na maskę Garnier Banana Hair Food

Dziś wysmaruję żalposta bo właśnie odkryłam, że zamordowałam swoje włosy… Kojarzycie pewnie wpisy, w których niejednokrotnie było widać moje długie, kręcone włosy. Przy dobrym cięciu zawsze podchodziły pod typ 3a. Olejowanie, maski, wcierki, włosing przynajmniej raz w tygodniu i wielka dbałość o czuprynę zaowocowały naprawdę pięknymi lokami. Co więc się stało, że obecnie mam spuszony mysi ogonek i jak doznałam olśnienia?
Już na długo przed ciążą poświęcałam włosom zdecydowanie za mało czasu. W ciąży jednak wyglądały nadzwyczaj dobrze mimo iż nie widziały fryzjera ani oleju. Ale jak wiadomo – hormony. Po ciąży zupełnie nie miałam już czasu na wypasioną pielęgnację. Sięgałam po przypadkowe szampony i maski. Fakt, że zawsze soliłam im nawilżenie, bo inaczej w życiu bym ich nie rozczesała. Nie była to jednak przemyślana pielęgnacja. W czerwcu wreszcie zaufany fryzjer rewelacyjnie obciął mi włosy, ale zdecydowałam się na koloryzację sombre ( rozjaśnione końce ). Raz, potem kolejny… Zaczęłam kupować maski o naprawdę świetnych składach, a jednak było coraz gorzej aż dobrnęłam do hitu od Garniera czyli Banana Hair Food.
Powiem szczerze, że miałam wysmarować o tej masce totalnego negatywa. Z każdym kolejnym użyciem było coraz gorzej. Co za szajs! Zaczęłam jednak czytać recenzje u innych kręconowłosych i zapaliła mi się czerwona lampka. Skoro im pasuje, a na mój rozum skład powinien być idealny dla mnie to co jest nie tak? Ano to, że w przypadku włosów kręconych nie może rządzić przypadek. Równowaga PEH – to coś czego w pierwszej kolejności im brakowało. Ponadto po ciąży nie dość, że wypadło mi mnóstwo włosów to problemy ze skórą głowy dowaliły kolejne ubytki… No i wyglądały tak…
Czy więc maska Garniera to totalny szajs? Absolutnie nie! Szajs to moje włosy… Maska natomiast jest naprawdę świetnym produktem. Musiałam najpierw ogarnąć swoją pielęgnację, żeby to zrozumieć. 
Banana Hair Food to 390 ml naprawdę dobrego kosmetyku. Budyniowa konsystencja, przyjemny zapach, zero spływania z włosów no i skład. Jak na produkt drogeryjny jest mega dobrze bo aż 98% to składniki naturalne. Wygodne zakręcane opakowanie, dzięki któremu zużywamy kosmetyk do ostatniej kropli.
Podobno można używać jej na trzy sposoby – jako maska, odżywka do spłukiwania lub bez spłukiwania. Ja tam używam jej tylko jako maski, pod czepek na przynajmniej pół godziny. 
Jest to najbardziej uniwersalny typ maski czyli emolientowo-humektantowa. Z tego co się orientuję jest też najbardziej nawilżająca ze wszystkich Hair Food od Garniera. Po cichu podejrzewałam glicerynę za puszenie włosów, okazało się jednak, że moje wszystkie inne „sprawdzone” maski nagle też mi nie służą. Wystarczyło kilka myć OMO, nakarmienie proteinami i zalewie jedno olejowanie, a okazało się, że nagle maska od Garniera się u mnie sprawdza. Przypadek? Nie! Po prostu moja głupota… Powrót do czupryny sprzed lat zajmie mi z pewnością długi czas, jestem jednak zdeterminowana do walki.
18 listopada mam zamiar wyciągnąć męża i bobasa na Ekocuda do Warszawy więc walę do napieknewlosy.pl i szukam ratunku 🙂
Jeśli jeszcze nie znacie masek od Garniera to bananową polecam z czystym sumieniem i za skład i za zapach i za ( jak się okazało ) działanie. A do tego są teraz na promce w Rossmannie po 17,90 zł! Ja mam ochotę sprawdzić też inne warianty. 
A jak Wasza włosowa pielęgnacja? Trafiłyście ostatnio na jakąś perełkę?

Poprzedni

Następny

Pin It on Pinterest