Uwaga – makijaż tylko dla księżniczek! Disney Designer Collction od Colourpop – paleta It’s a Princess Thing, pomadka Cinderella i cienie Under the Sea i A Whole New World

Zdjęcia do tego posta robiłam na 3 aparaty, w tym jeden z 2 obiektywami… Pragnę obiektywu makro i umiejętności robienia zdjęć makijażu, bo na razie jest z tym licho… Szczegół, że na zrobienie make-upu miałam 10 minut bo na więcej mój Maluch absolutnie nie pozwala. Wydaje mi się, że jak na tak ograniczony czas to i tak nie ma tragedii 😀 Ale nie o zdjęciach miała być dziś mowa, a o kolekcji, która na dzień dobry rzuciła mnie na kolana. Disney Designer Collection od Colourpop to coś dla dużych księżniczek. Paleta It’s a Princess Thing była moim pierwszym strzałem. W dniu premiery udało mi się złapać pomadkę Cinderella ( Bella i Jasmine były już niestety wyprzedane, a weszłam parę chwil po stocku ) i dwa cienie – Under The Sea ( Ultra Metallic ) i A Whole New World ( Ultra Glitter ). To moje pierwsze zamówienie z USA i pierwsze wrażenia na temat wychwalanego Colourpop’a. 

Zacznę od palety bo znając życia to ona wszystkich najbardziej ciekawi. 15 cieni o różnej fakturze i wykończeniu, zamknięte w kartonikowej kasetce zamykanej na magnes z księżniczkami Disneya na „okładce”. Ja wiem, że nie każdy czuje podniecenie, ale ja zdecydowanie tak. Tym bardziej, że kompozycja jest niebanalna i pozwala na wykonanie wielu makijaży zarówno dziennych jak i wieczorowych. 5 matów, 2 maty z błyszczącymi drobinkami, 3 metaliki i 5 cieni przypominających folie – tak w moim odczuciu rozkłada się rodzaj cieni.
Cały górny rząd to cienie matowe, idealne jako cienie transferowe.
Chip – to jasny, neutralny beż. Idealny do zmatowienia łuku brwiowego jak i przypudrowania powieki. Pełny mat.
Juju – delikatny, jasny, ale nie cukierkowy róż. Pełny mat.
Grumpy  – ciepły beż z domieszką różowych podtonów, zahaczający o karmelowe nuty. Pełny mat.
Triton – jasny, ciepły brąz w odcieniu tofee. Mat, ale przebłyskują w nim odrobinki miki.
Abu – Ciepły, średni brąz z rdzawymi nutami. Pełny mat.
Wszystkie maty zaskoczyły mnie swoją pigmentacją. Na zdjęciu na gołej skórze i bez bazy, nie do końca oddaje to ich urok, ale szczerze mówiąc jestem zaskoczona ich nasyceniem.
Kolejny rząd to 5 cieni foliowych ( myślę, że pod tę kategorię podchodzą ).
Prince Charming – szampański, jaśniutki beż przypominający kolorem jasne rozświetlacze. Błyszczący, ale dość grubo zmielony. W dotyku niczym mokry, kremowy. Na skórze łatwo się rozprowadza, ale nieco pyli. Koniecznie na przypudrowaną powiekę, bo można zrobić sobie plamy. 
Ray – jasne złoto. Mięciutki, pięknie zmielony, nieco mniej kremowy, a bardziej metaliczny. Pięknie się rozprowadza i daje piękną taflę.
Fairy Godmother – cień, który podoba mi się najbardziej, a jest najgorszy jakościowo. Róż łapiący brzoskwiniowe tony z holograficznymi drobinkami, zahaczającymi o fiolet i złoto. Grubiej zmielony niż reszta, najlepiej wklepywać palcem. Nie jest to jakiś największy dramat, ale nieco odstaje od reszty.
One Kiss? – Złoto – klasyczne, raczej nie wpadające w stare tony. Kremowy, pięknie zmielony, łatwo się rozprowadza.
Thingamabob – srebro i to jakie! Cudownie kremowe, totalna zaskoczka. Jeszcze nigdy nie widziałam cienia, który dawałby tak idealną taflę. A nadal jest to cień klasyczny, a nie kremowy. Aż szkoda, że tak rzadko sięgam po srebrne cienie.
Ostatni rząd to mieszanka metalików i iskrzących matów.
Enchanted Rose – piękny „stary” róż o nieco brudnym odcieniu. Coś w stylu dusty rose. Idealna konsystencja, zero osypywania i piękny efekt. Metalik.
Poison Apple – jakże modny fiolet – średni, w bajkowej tonacji. Nie gaśnie przy blendowaniu ( a fiolety bardzo to lubią ). Metalik.
Magic Carpet – To jest petarda! Brudny fiolet, w ciemno śliwkowej tonacji. Metalik. 
Beast – to taki zgaszony burgund z brązowymi tonami i ślicznymi, złocistymi drobinkami. Iskrzący Mat.
Midnight Curfew – Czarny mat ze srebrzystymi drobinkami.
Tak jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z cieniami Colourpop, ale jestem szczerze zadowolona z jakości. Cienie są rewelacyjnie napigmentowane, pięknie się rozcierają, nie gasną, nie sinieją. Folie oczywiście najlepiej wypadają nakładane palcem bądź pacynką, nie zaś pędzlem, ale taki urok większości. Znalazłam tu kilka odcieni, których do tej pory nie miałam w swoich zasobach. No i te księżniczki na okładce – uśmiecham się za każdym razem gdy biorę kasetkę do ręki. 
Pojedyncze cienie to super shock shadow. Jejku, przy tych jedyneczkach człowiek dostaje amoku i kupiłby wszystkie. Zdecydowałam się jednak na 2 – nie stawiałam na bezpieczeństwo, a na coś, czego w moim dobytku aktualnie nie ma ( latem zrobiłam totalne czystki ). Padło na A Whole New World ( Ultra Glitter ) i Under the Sea ( Ultra Mettalic ). Zdziwiłam się, że pojemniczki są zakręcane, ale po pierwszym pomacaniu szybko zrozumiałam dlaczego.
Under the Sea to cień, który w dotyku jest niczym kremowy. Dotykasz palcem, a ten aż zagłębia się w środek. Zieleń jest zaś niesamowita. Żywa, jasna, energetyzująca. Zupełnie nie gaśnie przy rozcieraniu. Można ją miziać i miziać i dokładać i jest tylko coraz lepiej. Natychmiast „przykleja” się do skóry i nie ma mowy o osypywaniu.
A Whole New World to znów fiolecik. Jasny, nieco cukierkowy. O konsystencji identycznej jak poprzednik, ale z ciut słabszą pigmentacją. Myślę jednak, że mógł to być zamierzony efekt ponieważ na lekkim fiolecie cudownie wybijają się holograficzne drobinki, których moje zasrane obiektywy za Chiny nie chciały uchwycić. Pokazywałam Wam na Insta w Stories i tam było widać to blink blink. Wierzcie mi jest obłędne. Szczególnie w sztucznym świetle.
Na deser pomadka – przyznaję bez bicia, nie na Cinderellę miałam ochotę. Chciałam Bellę albo Jasmine. Niestety były wyprzedane. Zupełnie bez entuzjazmu wrzuciłam więc Kopciuszka. Potraktowałam ją po macoszemu niczym w bajce. Na ustach okazało się, że jest wprost idealna dla mnie. To subtelny, lekko zgaszony róż. Wyrazisty, ale nie żarówiasty i przesłodzony. Kremowa konsystencja idealnie pokrywa usta, a trwałość jest zaskakująco dobra. Swatch na ręku nie chciał się zmyć przez dwa dni. Na ustach, przy kulturalnym spożywaniu posiłku, a nie jak świnka przy korycie, również wytrzymuje długo. Myślałam, że w świecie pomadek już nic mnie nie zaskoczy – a jednak, niby zwykły róż, a jak się obronił.
Jak się pewnie domyślacie, teraz mam ochotę tylko na więcej. Najbardziej uwiodły mnie cienie. Zaczynam rozumieć zachwyty, bo z taką kremowością i pigmentacją dawno się nie spotkałam. 
Znacie Colourpop? Macie swoich faworytów? A może zupełnie Was nie kusi? 
PS. Wybaczcie niechlujny makijaż, ale chciałam pokazać efekt nie tylko na swatchu, ale Maluch nie dał mi spokojnie go ogarnąć :*

Poprzedni

Następny

Pin It on Pinterest