L’oreal Infallible podkład, puder i Blush Sculpt w akcji!

Do tego posta zbierałam się już od dawna. Nawet zdjęcia obrobione czekały cierpliwie w folderze. Dziś wreszcie zmobilizowałam się żeby napisać o podkładzie, który całkiem niespodziewanie pokochałam całym serduchem. Przy okazji pokażę Wam również puder i różo-bronzer, które świetnie się ze sobą komponują. O czym mowa? O L’Oreal 24H Matte.
 

Już od dawna nie miałam żadnych podkładów z L’oreala. Jeśli potrzebowałam czegoś co będzie dawało wyjątkowo trwały efekt, sięgałam po Revlona czy MAC ( który moim zdaniem jest mocno przereklamowany ). Infallible znałam jedynie w wersji do skóry suchej, która zupełnie mi nie pasowała. Gdy więc w moje ręce wpadł 24h Matte, w tubce, w kolorze natural rose od razu pomyślałam, że to nie może się udać… Tubek nie lubię, mam oliwkowy odcień cery, a Infallible nie kojarzyło mi się zbyt dobrze. Mimo to ciekawość zwyciężyła i okazało się, że podkład jest wręcz stworzony do mojej cery. Zarówno pod względem właściwości jak i kolorystyki.
Tubka mieści 35 ml produktu. Producent zapewnia nas o średniej konsystencji, wyraźnym kryciu i matowym wykończeniu. Zapach kojarzy mi się nieco z podkładami MACa, kto zna ten wie, że nie jest on szczególnie cudowny. Niemniej jednak na każde z zapewnień producenta mogę przytaknąć z pełną odpowiedzialnością.
Konsystencja jest lekka, delikatnie kremowa, ale niezbyt gęsta czy wodnista. Faktycznie w sam raz. Odcień podkładu jest moim zdaniem bardzo neutralny choć nazwa wskazywałaby raczej na coś o różowej tonacji.
Podkład bardzo ładnie rozprowadza się na twarzy. Nie wbija w pory czy zmarszczki. Dobrze wpracowuje się zarówno palcami, pędzlem czy gąbeczką.  Wykończenie staje się natychmiast matowe. Mimo to dobrze współpracuje z kremowymi kosmetykami do konturowania. Przypudrowany trzyma się na mojej cerze przez cały dzień. Nie wysusza, nie powoduje przykrego napięcia cery czy efektu maski. Cera wydaje się mieć taki delikatny „filtr zmiękczający” niczym z photoshopa. Dla zainteresowanych skład poniżej.
Jak widać na zdjęciu poniżej, już z samym podkładem cera nabiera świeżości, kolor jest wyrównany, a niedoskonałości dobrze ukryte.
Jeśli chodzi o puder to nie będę ściemniać, że to mój ulubieniec, bo osobiście najchętniej sięgam po sypkie pudry ryżowe. Taki już urok mieszanej cery. Mimo wszystko, z racji na poręczną kasetkę, Infallible 24h matte powder również zagościł w mojej kosmetyczne. Posiadam odcień Sand Beige, który ładnie komponował się z podkładem i dobrze dopasowywał do mojej cery.
Dołączonej gąbeczki używałam bardzo rzadko, ale dzięki rozwiązaniu z lusterkiem możemy wrzucić go do torebki wychodząc na imprezę. 9 gramowe opakowanie starcza naprawdę na długo.
Pudru można używać zarówno na sucho jak i na mokro. Dzięki opcji na mokro można tworzyć lepsze krycie i bardziej trwały efekt. Ja jednak korzystałam z niego w tej pierwszej formie ponieważ zależało mi po prostu na zagruntowaniu podkładu i utrzymaniu matu.

W moim przypadku, o dziwo, puder sprawdził się naprawdę dobrze. Tworzył świetną, delikatną, a jednocześnie dobrze matującą mgiełkę. Cera nie była matowa w sposób sztuczny i tępy, a raczej taki jedwabisty z delikatnym efektem glow. Całe szczęście, że ta era gipsowych matów odeszła do lamusa.
Dla zainteresowanych skład poniżej.
Blush Sculpt w odcieniu Nude Beige nie zdobył u mnie aż takiej miłości jak linia Infallible Matte, ale przyjemnie używało się go szczególnie latem.
Jest to niby róż do konturowania. Cóż, akurat cała trójka ma lekko połyskujące wykończenie więc typowego konturowania raczej nim nie wykonamy. Można kombinować z używaniem poszczególnych odcieni. Jednak ja preferowałam po prostu mieszanie całej trójki.

Na swatchu poszczególne odcienie jak i mieszanka pod nimi. W „mieszance” sprawdzał się fajnie jako róż przy lekko opalonej cerze. Połysk jest zdrowy, delikatny, satynowy, a nie w stylu blink blink. Rozświetla i ożywia cerę. Oczywiście nie jest to odcień dla każdego, ale jeśli przepadacie za różami w tonacji brązu to myślę, żnie będziecie rozczarowane.
Dla zainteresowanych skład poniżej.
Całościowy efekt prezentował się następująco.

Muszę przyznać, że znów zaczęłam łaskawszym okiem patrzeć w stronę L’Oreala. Czasami warto na chwilę zatrzymać się w pogoni za nowościami i sprawdzić, czy aby pod nosem nie zakwitła nam jakaś perełka.

 A jaki jest Wasz podkładowy hit? Taki z gatunków nie do zdarcia 🙂

Poprzedni

Następny

Pin It on Pinterest